I chwała Bogu! Daimler nie będzie miał okazji do skorzystania z subsydiów pochodzących od reszty podatników:
"(...)
Wczoraj koncern Daimler poinformował, że pierwsza w Europie poza granicami Niemiec fabryka aut Mercedesa powstanie w węgierskim mieście Kecskemet. Kosztować będzie 800 mln euro. Od 2011 r. zamierza produkować małe Mercedesy A i B - początkowo 100 tys. sztuk rocznie, a później dwa razy więcej. Będzie w niej pracować 2,5 tys. ludzi.
(...)
Polska była gotowa przyznać bezprecedensowe przywileje, by zachęcić niemiecki koncern do budowy fabryki. - Wysokość bezpośrednich dotacji z budżetu państwa przekraczała limity oferowane dotąd inwestorom zagranicznym - poinformowało nas Ministerstwo Gospodarki. Teren fabryki zostałby włączony do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, co gwarantuje zwolnienie z podatku dochodowego. Rząd chciał nawet wydłużyć do 2020 r. funkcjonowanie strefy, a władze strefy oferowały grunt pod fabrykę po znacznie obniżonej cenie. Władze samorządowe oferowały Daimlerowi zwolnienie z podatku od nieruchomości i inwestycje w drogi, których wymagał inwestor.
(...)"
Inaczej mówiąc, rzesza bezimiennych przedsiębiorców i pracowników innych firm uniknęła subsydiowania działalności jednego z największych koncernów na świecie. Pieniądze, które zapłaciliby w formie podatków wspierających produkcję Mercedesów, będą mogli przeznaczyć na własne inwestycje i własną konsumpcję. Niektórzy być może kupią któryś z produkowanych na Węgrzech samochodów.
Przy tego typu inwestycjach pojawia się pewien irytujący schemat - dynamika procesu politycznego prowadzi do prywatyzacji korzyści i uspołecznienia kosztów. Z jednej strony mamy urzędników, którzy chcą pochwalić się przyciągnięciem do Polski dużego partnera, z drugiej szeroką publikę, która jako słabiej zorganizowana nie potrafi powiedzieć "stop, jeśli chcą u nas inwestować, to niech zapiszą koszty i ryzyko przedsięwzięcia na własny rachunek". Tymczasem biurokraci postępują wedle zasady o oku i sercu i za pomocą środków odebranych licznej grupie obywateli próbują odbić się od politycznej trampoliny. W międzyczasie duży gracz - potencjalny inwestor - zaciera jedynie ręce i czeka na ofertę.
W całej sprawie najsmutniejsza jest jednak inna kwestia, dotykająca wizji rozwoju, którą ktoś usilnie próbuje Polakom sprzedać. Czy ambicje tego kraju rzeczywiście nie sięgają poza budowę cholernych fabryk samochodów? Tym chcemy być? Gospodarczą potęgą szczycącą się wysoko wykwalifikowanymi składaczami aut?